8
Apr

ETS – POLSKIE PYTANIE SPADKOWE

ETS, czyli Europejski Trybunał Sprawiedliwości

– informacje na temat tego sądu można znaleźć tu. Szperając po internecie natknęłam się (na stronie jednej z brytyjskich kancelarii) na informację o pierwszej sprawie rozpoznawanej przez ETS na kanwie pytania prejudycjalnego skierowanego do ETS przez sąd polski (o precedurze prejudycjalnej można przeczytać tu). Duma narodowa mnie ogarnęła i postanowiłam przedstawić na blogu rozstrzygnięcie ETS – odpowiedź na pytanie prejudycjalne sądu polskiego. Po co w ogóle prawnicy czytają orzeczenia sądów – w tym orzeczenia ETS? Ano dlatego, że orzeczenia takie mają ogromne znaczenie dla praktyki. Skoro mądre głowy zastanawiały się nad problemem i doszły do wniosków końcowych, to warto z tego skorzystać. Można też dyskutować z orzeczeniem, jeżeli się z nim nie zgadzamy, ale jest to zawsze punkt odniesienia.

Polka mieszkająca we Frankfurcie nad Odrą udała się do notariusza w Słubicach.

Pani Aleksandra Kubicka wybrała prawo, któremu miał podlegać jej spadek – prawo polskie. Pewnie dlatego udała się do notariusza i zażądała umieszczenia w testamencie zapisu windykacyjnego (o zapisie windykacyjnym pisałam tu). Niestety, notariusz odmówił czynności (wolno mu, jeżeli uważa, że czynność jest sprzeczna z prawem).

Co miało być sprzeczne z prawem?

Zdaniem notariusza problemem było to, że w prawie niemieckim nie jest znany zapis windykacyjny. Rozporządzenie 650/2012 (w skrócie – rozporządzenie spadkowe) wyłącza spod zastosowania rozporządzenia “charakter praw rzeczowych”. Z tego względu notariusz uznał, że nie może sporządzić testamentu, który – w momencie śmierci spadkodawczyni – przenosi własność na spadkobiercę, gdyż prawo niemieckie nie przewiduje takiej sytuacji.

Każdy zainteresowany może przeczytać treść orzeczenia w całości tu: sprawa C-218/16. Ja przedstawię jedynie

wnioski wypływające z orzeczenia:

nie ma przeszkód, by sporządzić testament zgodny z prawem polskim nawet, jeśli prawo miejsca położenia nieruchomości nie zna zapisu windykacyjnego. Zapis windykacyjny to sposób przeniesienia własności. Prawo własności jest znane także w prawie niemieckim, zatem testament stanowiący o przeniesieniu prawa znanego w kraju miejsca położenia nieruchomości jest zgodny z rozporządzeniem 650/2012.

 

Zeszły tydzień był dla mnie bardzo trudny. Musiałam uśpić mojego 12-letniego psa. Teraz w zasięgu mojego wzroku śpi pies ze schroniska – Karton.

Tak dla psa, jak i dla nas jest to nowe doświadczenie (Kraksę chowaliśmy od szczeniaka). Karton zapełnia pustkę po Kraksie i … dzięki temu mogę znów pracować. Pochrapywanie zadowolonego psa działa na mnie niezwykle pozytywnie :-). Tyle o naszym nowym domowniku, a teraz wracam do prawa spadkowego.

Właściwość sądu w sprawie spadkowej to nic innego, jak odpowiedź na pytanie, przed którym sądem sprawa spadkowa (otwarcie i ogłoszenie testamentu, stwierdzenie nabycia spadku, dział spadku) może się toczyć.

Rozporządzenie 650/2012

Kwestię tę reguluje rozporządzenie rozporządzenie Parlamentu Europejskiego Rady (UE) nr 650/2012 z dnia 4 lipca 2012 r. w sprawie jurysdykcji, prawa właściwego, uznawania i wykonywania orzeczeń, przyjmowania i wykonywania dokumentów urzędowych dotyczących dziedziczenia oraz w sprawie ustanowienia europejskiego poświadczenia spadkowego (w skrócie: rozporządzenie spadkowe).

Zasada ogólna to właściwość sądu państwa, w którym zmarły miał zwykły pobyt w chwili śmierci.

Czym jest zwykły pobyt? Nie jest to miejsce zameldowania (takie jest zwykle pierwsze skojarzenie w Polsce). To miejsce, w którym dana osoba ma swoje centrum życiowe – tam mieszka, ma najbliższą rodzinę, pracuje, leczy się itp.

Jak zwykle od zasady są wyjątki :-). Wszystkie zainteresowane strony mogą się umówić, że sądem właściwym jest sąd państwa, którego prawo wybrał zmarły do uregulowania swoich spraw spadkowych (prawo ojczyste zmarłego). Taka umowa wybierająca sąd innego państwa niż państwo zwykłego pobytu zmarłego musi  spełniać określone warunki. Musi być zawarta w formie pisemnej, zaopatrzona w datę i podpisy zainteresowanych stron. Możliwe jest także zawarcie takiej umowy za pomocą środków elektronicznych.

Co jeżeli miejsce zwykłego pobytu zmarłego znajdowało się w kraju innym niż kraj członkowski Unii Europejskiej?

W takim wypadku sądem właściwym do rozpoznawania wszystkich spraw spadkowych jest sąd państwa, w którym zmarły pozostawił składniki majątkowe. Dodatkowo: zmarły miał obywatelstwo tego państwa lub – jeżeli nie miał obywatelstwa – miał w tym kraju miejsce zwykłego pobytu nie dawniej niż 5 lat przed wniesieniem do sądu sprawy spadkowej.

A jeżeli zmarły nie miał obywatelstwa tego państwa?

Albo nie miał miejsca zwykłego pobytu, w tym państwie członkowskim? Albo miał miejsce zwykłego pobytu wcześniej niż 5 lat przed wniesieniem sprawy spadkowej do sądu tego państwa? W takiej sytuacji to państwo członkowskie, w którym znajdują się składniki majątkowe ma jurysdykcję do rozpoznania sprawy spadkowej ale dotyczącej tylko tego majątku, który znajduje się w tym państwie.

Jest jeszcze koło ratunkowe.

Jeżeli żaden sąd państwa członkowskiego nie ma właściwości na podstawie wyżej wskazanych zasad to – w drodze wyjątku – sąd może orzekać w sprawie spadkowej. Znów warunek –  tylko, jeżeli postępowanie spadkowe w państwie trzecim, z którym sprawa jest ściśle związana, nie może być we właściwy sposób wszczęte lub przeprowadzone.

Ograniczenie postępowania.

Warto wiedzieć, że sąd państwa członkowskiego może ograniczyć postępowanie spadkowe do niektórych składników majątkowych, jeżeli  można oczekiwać, że orzeczenie tego sądu odnoszące się do tych składników “nie będzie uznane ani, w stosownych przypadkach, nie zostanie stwierdzona jego wykonalność w tym państwie trzecim”.

Nie sądzę, żeby podstawienie kojarzyło się z prawem spadkowym :-). Podstawienie jest dość rzadko spotykane, a szkoda, bo daje możliwość spadkodawcy zadecydowania co ma się stać, jeżeli spadkobierca nie będzie żył w chwili otwarcia spadku, lub nie będzie chciał dziedziczyć.

Czym jest podstawienie?

Artykuł 963 kodeksu cywilnego definiuje podstawienie (tzw. zwykłe, bo jest jeszcze podstawienie powiernicze, ale o nim dzisiaj nie piszę) następująco:

Można powołać spadkobiercę testamentowego na wypadek, gdyby inna osoba powołana jako spadkobierca ustawowy lub testamentowy nie chciała lub nie mogła być spadkobiercą (podstawienie).

Może najprościej będzie, jak podam przykład (zresztą z życia wzięty).

Lata temu (jeszcze przy innym uregulowaniu porządku ustawowego dziedziczenia, co oznacza, że gmina dochodziła do spadku osób bezdzietnych dość szybko) zostałam poproszona przez starsze małżeństwo z rodziny o pomoc w takim skonstruowaniu testamentu, żeby (nazwijmy małżeństwo wujostwem) wujostwo było spokojne o losy majątku po śmierci. Wujostwo nie mieli dzieci, więc martwili się o to kto odziedziczy cały ich majątek po śmierci ostatniego z nich. W pierwszej kolejności chcieli nawzajem dziedziczyć po sobie. I tu nie było oczywiście problemu. Nie wiadomo było jednak (tego nigdy nie wiadomo 🙂 ), kto pierwszy opuści ten ziemski padół.  Gdyby to wujek zmarł pierwszy (tak się zresztą później stało), a ciocia nie zdążyłaby zmienić testamentu (albo ze względu na stan zdrowia nie mogłaby już zmienić testamentu), to po niej wujek nie mógłby dziedziczyć, bo by go już nie było na świecie

Jeżeli nie wujek to kto?

Na takie dylematy odpowiedzią jest podstawienie. Trochę się napracowałam, ale w końcu uzgodniłam z wujostwem treść testamentu odpowiadającą ich oczekiwaniom. Na wypadek, gdyby wujek (i w testamencie wujka wzajemnie – ciocia) nie mógł lub nie chciał dziedziczyć, do spadku powołanych było kilka osób spośród dalszych krewnych.

Podstawienie to sposób na różne sytuacje życiowe.

Ostatnio trafił w moje ręce testament, w którym do spadku została powołana partnerka, a na wypadek niemożności/braku chęci dziedziczenia powołane były dzieci i spadkodawcy i jego partnerki. Powodem takiego rozrządzenia spadkowego był wspólnie spłacany kredyt na dom kupiony tylko przez jednego z partnerów. Podstawienie pozwoliło zabezpieczyć byt partnerki na wypadek śmierci właściciela domu.

Co dalej z wujostwem?

Uzgodniliśmy z wujostwem, że sporządzą testament u notariusza. Przede wszystkim po to, żeby nie było jakichkolwiek uchybień przy tym – bardziej niż zwykle – skomplikowanym testamencie. Pamiętam, że poprosiłam notariusza o przyjęcie starszych państwa i przekazałam projekt testamentów. Efekt był beznadziejny, bo notariusz przekonał wujostwa, że zwykle sporządza się prostsze testamenty i wujostwo wyszli od notariusza z takimi właśnie testamentami :-). Wujek powołał do spadku ciocię, a ciocia – wujka… Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nie o to chodziło! Znalazłam notariusza, który nie bał się myśleć i sporządził testament nie “taki jak zwykle”, ale odzwierciedlający potrzeby i oczekiwania starszych państwa.

Życie pokazało, że podstawienie było rozwiązaniem idealnym w tej konkretnej sytuacji. Wujek zmarł pierwszy. Po wujku cały majątek odziedziczyła ciocia, a po cioci – te osoby, które były podstawione w testamencie. Ciocia była w takim stanie zdrowia, że po śmierci wujka nie mogła zmienić testamentu (nie miała zdolności testowania). Przypomnę: przy zwykłym/prostym testamencie tu by się kończyła historia, bo do spadku byłby powołany wujek. Ciocia chcąc by po jej śmierci spadek trafił do innych osób niż wujek (wujek już nie mógł) musiałaby sporządzić nowy testament. W tej sytuacji – ze względu na sporządzenie testamentu z podstawieniem – po śmierci cioci majątek trafił do tych osób, które wybrali wujostwo. Jestem tego pewna, bo byłam wykonawcą testamentu.

Pierwotnie wpis był umieszczony pod tytułem: Prawa ojca (w Polsce), czyli lepiej być matką. Na Facebooku pod informacją o wpisie wywiązała się dość gorąca dyskusja. Niektórzy mnie chwalili, niektórzy wyrazili oburzenie, że konfliktuję rodziców, a przede wszystkim obrażam te kobiety, które są rodzicami drugoplanowymi. No cóż, jak każdy, nie lubię, jak ktoś mnie krytykuję, ale po jakiejś chwili  (trochę to trwało, ale przyczyniła się do tego interesująca korespondencja z dwoma czytelniczkami – dziękuję) doszłam do wniosku, że Ci krytykujący mają trochę racji. Rzeczywiście rodzicem drugoplanowym w Polsce częściej jest ojciec, ale czy to znaczy, że mamy zapominać o matkach, które dzielą ten los?

Wszystkie Panie, które uraziłam bardzo przepraszam.

Nie taka była moja intencja. Tym wpisem (wpisu nie zmieniłam, gdyż – mimo wszystko odzwierciedla rzeczywistość sądową. Usunęłam jedynie kontrowersyjny tytuł)) chcę zwrócić uwagę na prawa rodziców, którzy mają ograniczoną władzę rodzicielską i borykają się na co dzień z barierami, które stwarzają im rodzice pierwszoplanowi z pomocą tych osób, które powinni być neutralni (lekarze, urzędnicy itd.) i zważać wyłącznie na dobro dziecka.

Teraz sam wpis:

Jakiś czas byłam nieobecna na blogu (za co przepraszam), ale postaram się wrócić do w miarę regularnego umieszczania postów. A dzisiaj swoisty “dzień ojca” na opak.

Przyznam, że dzisiejszy post piszę pod wpływem emocji (negatywnych). Mój Klient (ma ograniczoną władzę rodzicielską do prawa współdecydowania o istotnych sprawach syna dotyczących edukacji, wypoczynku, leczenia) otrzymał odpowiedź z placówki medycznej. Matka dziecka nie informuje na bieżąco ojca o stanie zdrowia syna, więc informacje o lekarzach prowadzących czerpiemy z pism procesowych matki. Najpierw Klient usiłował się spotkać z lekarzem swojego dziecka – lekarz (widząc treść wyroku) odmówił, potem – zwrócił się pisemnie do placówki o informacje o stanie zdrowia syna i przebiegu leczenia.

Odpowiedź placówki na prośbę o wyjaśnienie odmowy udzielenia informacji brzmi tak (oczywiście bez danych osobowych):

“W odpowiedzi na Pana pismo z dnia […] informuję, że decyzja podjęta w dobrej wierze przez neurologa (…) opierała się na oświadczeniu matki małoletniego (…). Podyktowana była jedynie dobrem i ochroną danych osobowych małoletniego pacjenta. Z dostarczonego przez Pana dokumentu wynika, iż także ma Pan prawo współdecydowania o istotnych sprawach, w tym leczenia. Ma Pan więc prawo do dokumentacji medycznej syna jak również prawo do udziału w konsultacjach specjalistycznych. Niestety, NFZ nie przewiduje konsultacji specjalistycznej bez udziału pacjenta”.

Dlaczego jestem poirytowana?

  • po pierwsze co to znaczy: opierała się na oświadczeniu matki małoletniego??? To wyrok sądu nie ma znaczenia? Wystarczy, że mama powie, że sobie nie życzy informowania taty i wystarczy? Co znaczy ochrona danych osobowych małoletniego pacjenta? Przed ojcem? Co znaczy, że NFZ nie przewiduje specjalistycznej wizyty bez udziału pacjenta? A na jakiej podstawie? A jakby Klient chciał zapłacić za prywatną wizytę (NZOZ) to co?
  • bo wczoraj przeczytałam orzeczenie Sądu Apelacyjnego oddalającego moje zażalenie z argumentacją (oczywiście między innymi), że moje roszczenie “w istocie sprowadzałoby się do opieki naprzemiennej, nieaprobowanej przez powódkę (czytaj: matkę).
  • bo w ostatnim czasie czytam kolejne orzeczenia sądu (i te w moich sprawach i te z doniesień prasowych), w których matki mają nieograniczone prawa kosztem ojców i wszyscy uważają to za coś naturalnego. Matka może w sądzie “kiwnąć palcem”, a ojciec musi udowadniać, że nie jest wielbłądem;
  • bo dzisiaj inny klient opowiedział mi, że nie mógł się dowiedzieć o dziecko tuż po urodzeniu (wtedy był w związku małżeńskim z matką dziecka!), bo był skonfliktowany z matką

Jestem mamy i taty – w teorii

Jakiś czas temu Rzecznik Praw Dziecka prowadził kampanię informacyjną “jestem mamy i taty” (szczegóły można zobaczyć tu). Pooglądaliśmy zdjęcia rudego chłopczyka i smutnej dziewczynki i nadal mamy zakodowane, że matka jest najważniejsza, a ojciec – jest, czy go nie ma to kwestia drugorzędna. Od razu zastrzegam – są wyjątki (w obie strony i mamy i taty) i czasem zasadny jest nawet zakaz kontaktów rodzica z dzieckiem. Ale tu nie chodzi o wyjątki, tylko o normę. Mało kto szanuje prawa ojca, zwłaszcza w zetknięciu z instytucjami. Jednym słowem, w instytucjach lepiej być matką.

Rzecznik Praw Pacjenta

Rozmawiałam dzisiaj w sprawie Klienta z biurem Rzecznika Praw Pacjenta – przy tej okazji bardzo dziękuję za kompetentną rozmowę Pani z infolinii. Cóż, nie zostawimy tak tej sprawy. Choćby dlatego, żeby inni ojcowie mogli uzyskać podstawowe informacje o swoim dziecku bez problemów.

Idealistka ze mnie wychodzi :-). Jeszcze tak…

 

 

22
Dec

PRZESŁUCHANIE MAŁOLETNIEGO ŚWIADKA

Wiecie, że nie zajmuję się sprawami karnymi, ale czasem zdarza się, że moje sprawy krzyżują się ze sprawami karnymi moich Klientów. Dzisiaj dostałam wiadomość, że “moje” dziecko (bardzo przepraszam biologicznych rodziców, ale na czas postępowania dzieci moich Klientów stają się “moimi” dziećmi. Po prostu dziecko mojego Klienta jest moim dzieckiem :-)), które już dwukrotnie zostało porwane przez ojca, przy czym ostatnim razem dość brutalnie – było przesłuchiwane w toku postępowania przygotowawczego.

Czy jest w tym coś złego? Ależ skąd!

Przesłuchanie okazało się totalną klapą. Dlaczego? Bo do pokoju przesłuchań weszli: sędzia, psycholog , prokurator, protokolant i adwokat. Więcej ich matka nie miała… Moje 9-letnie dziecko się przestraszyło i nie odpowiedziało na żadne pytanie.  Dziewczynka zobaczyła tych wszystkich ludzi, do tego została poinformowana, że może odmówić zeznań. Dla niej była informacja, że już nie musi nic mówić i może czym prędzej uciec stamtąd. Nikt jej nie powiedział o procedurze i prawach, nikt nic nie wytłumaczył, nie miała czasu do namysłu.

GRATULACJE dla wymiaru sprawiedliwości!

Czytałam kiedyś o pokojach przesłuchań przyjaznych dzieciom. Nawet sama kiedyś w takim byłam (pisałam o tym tu).  Zwykle obok jest pomieszczenie techniczne, gdzie ten cały tłum może się ulokować i w ten sposób czynnie uczestniczyć w przesłuchaniu. Czytałam kiedyś (widocznie “wymiar sprawiedliwości” nie ma czasu czytać :-(, ale czasem wystarczy pomyśleć) o standardach przesłuchań małoletnich świadków. Kto by tam zważał na emocje 9-letniego dziecka? Pięć obcych osób pytających o traumatyczne przeżycia “autorstwa” rodzica? Co za problem…

Słyszycie zgrzytanie zębów? To moje…

Gdyby ktoś chciał poczytać o dobrych praktykach przesłuchania dziecka-świadka można to zrobić np. tutaj. Więcej informacji, także na temat metodyki przesłuchiwania dziecka można znaleźć na stronie: http://wymiarsprawiedliwosci.fdn.pl/standardy-przesluchania-w-procesie-karnym

Życzę całemu wymiarowi sprawiedliwości w Polsce więcej empatii dla dzieci, które mają to nieszczęście, czy też tę (nie)przyjemność zetknięcia się z tymże wymiarem…

26
Nov

WOLNE SĄDY

Wolne sądy…

W piątek byłam na demonstracji (relacja prasowa jest tu), niestety nie pierwszy raz w ostatnim czasie. Tym razem w obronie wolnych sądów.

Dlaczego tam byłam?

Bo niezależne (wolne) sądy są ważne dla każdego z nas.

Czy poszłam tam chętnie?

Niestety nie. I to nie dlatego, że demonstracja odbywała się w piątek po południu, kiedy chciałoby się odpocząć po tygodniu pracy. Do tego było zimno. Mój brak entuzjazmu wynikał z tego, że stykam się z sądami prawie codziennie i dominującym uczuciem, jaki mi w związku z tym towarzyszy jest frustracja. Nie raz już pisałam, że są sędziowie odważni (przykład z ostatnich doniesień prasowych np. tu), ale są też sędziowie, którzy nie radzą sobie z pracą, albo jest im po prostu wszystko jedno. Tych ostatnich nie mam – prawdę mówiąc – ochoty bronić. Jestem przekonana, że wiele osób ma podobne odczucia, co ja…

Frustrację budzą też terminy oczekiwania na rozprawę. W sprawach rodzinnych, którymi się przede wszystkim zajmuję czas odgrywa często ogromną rolę. Pół roku separacji od dziecka, zanim sąd da radę rozpoznać wniosek o zabezpieczenie?! Pół roku to jak wieczność w życiu dziecka! Uczciwie muszę wspomnieć, że długi czas oczekiwania na rozprawę to nie zawsze wina sędziów. Ilość sędziów do ilości spraw, jakie mają rozpoznać często przekracza możliwości ludzkie. Wyobraź sobie, że masz 800 spraw do załatwienia. Jedne bardziej, inne mniej skomplikowane. Przy tej liczbie spraw to już nie ma znaczenia, czy trudne, czy nie :-(. Taka ilość nie jest do przerobienia w rozsądnym terminie.

Zanim więc spluniesz przez lewe ramię myśląc o sędzim, który rozstrzyga akuratnie Twoją sprawę pomyśl, że bez wolnych sądów może być jeszcze gorzej. T

Czy reforma sądownictwa jest potrzebna?

Jak najbardziej, ale nie ingerująca w niezależność sądownictwa, w niezawisłość sędziów. Jest na pewno wiele do zrobienia w wymiarze sprawiedliwości od kwestii technicznych do osobowych. To, że sądy jeszcze funkcjonują to chyba cud, a właściwie poświęcenie ze strony całej rzeszy ludzi. Nie będę teraz pisać o sędziach, bo trochę napisałam już wyżej. Najwyższy czas, żeby napisać o pracownikach sekretariatów, którzy harują (nie przesadzam) za najniższą pensję i pchają ten wózek do przodu. Bez nich wszystko by się już dawno zawaliło. Szczerze mówiąc na przysłowiowej kasie w Biedronce (nikomu nie ujmując) można zarobić więcej przy o wiele mniej stresującej pracy.

Czy sędziowie zasługują na to, co ich aktualnie spotyka w przestrzeni publicznej?

Być może niektóre jednostki tak, ale jako ogół – absolutnie nie. Jak każdy pracujący człowiek sędzia zasługuje na szacunek. To takie zapomniane słowo. Szacunek. Siedzę sobie w hotelu w Poznaniu i sama się z siebie śmieję… Szacunek? Przeczytałam przed chwilą, że prezes Sądu Okręgowego i jej zastępcy zostali odwołani faksem w niedzielę. Faksem!!! Nie powinnam się dziwić, bo to samo działo się niedawno na Śląsku. Ale zaraz potem myślę sobie, że jednak powinnam się dziwić i nie powinnam się przyzwyczajać do takich “standardów”.

Świętej pamięci prof. Bartoszewski mówił, że warto być przyzwoitym. Osobiście chcę się tego trzymać, choćby wszystko to, co dzieje się dookoła przekonywało mnie, że nie warto…

 

17
Nov

FUNDUSZ ALIMENTACYJNY PO POLSKU

Funduszem alimentacyjnym właściwie w ogóle się nie zajmuję. Dlaczego więc piszę o funduszu alimentacyjnym? Piszę wyłącznie w jednym kontekście. Już tłumaczę dlaczego.

Co ma zrobić samotny rodzic?

Ostatnio przygotowywałam się z Klientką do rozprawy i rozmawiałyśmy o alimentach na dziecko. Pani uczciwie pracuje, a aktualnie od męża wsparcia finansowego na dziecko nie dostaje żadnego. Ktoś złośliwy powie – nie pierwsza i nie ostatnia :-(. Zarobki Pani są wyższe od minimalnej, ale – że tak zażartuję – minimalnie. Sytuacja jest ciężka, więc zaczęłam przyglądać się ewentualnej pomocy od państwa, czyli rozpoczęłam eksplorację tematyki funduszu alimentacyjnego. Eksploracja odbyła się na bardzo podstawowym poziomie ale doprowadziła mnie do (dla mnie)

zaskakujących wniosków.

Nie wchodząc w szczegóły, ustawa o pomocy osobom uprawnionym do alimentów wprowadza kryterium dochodowe. Jeżeli ktoś chce się ubiegać o pomoc państwa, bo drugi rodzic nie poczuwa się do obowiązku partycypowania w utrzymaniu swojego dziecka to musi wszcząć egzekucję. Jeżeli już ktoś przejdzie przez postępowanie komornicze i egzekucja okaże się bezskuteczna (co jest warunkiem koniecznym do ubiegania się o świadczenie z funduszu alimentacyjnego) może zacząć i najczęściej …… skończyć myśleć o funduszu alimentacyjnym. Szkoda czasu na angażowanie się w procedurę, bo:

świadczenia z funduszu alimentacyjnego przysługują, jeżeli dochód rodziny w przeliczeniu na osobę w rodzinie nie przekracza kwoty 725 zł.

Ważne jest to, że bierze się pod uwagę dochód osiągnięty w poprzednim roku kalendarzowym. W 2016 r. połowa wynagrodzenia wynosiła 677,85 zł.

Aktualne najniższe wynagrodzenie to 1.459,48 zł. Matematyka jest nieubłagana – połowa tej kwoty to 729,74 zł. Brutalna prawda jest taka, że nikt, powtórzę NIKT, kto pracuje na pełny etat i ma jedno dziecko, nie będzie się kwalifikował do uzyskania pomocy z funduszu alimentacyjnego w 2018 r.

Jeżeli ustawodawca nie zmieni kwoty kwalifikującej do uzyskania świadczenia (kwota 725 zł nie uległa zmianie od 2008 r. w przeciwieństwie do najniższej pensji), to każdy pracujący legalnie na pełen etat – rodzic jednego dziecka – będzie wykluczony z pomocy państwa i nie otrzyma maksymalnie 500 zł z funduszu.

Szczerze życzę samotnym rodzicom jednego dziecka, uczciwie pracującym na cały etat, żeby ustawodawca przypomniał sobie o nich. Oby nie za późno. Smutna refleksja jest taka, że bardzo źle jest  być samotnym rodzicem w Polsce, a warto pamiętać, że mało kto jest samotnym rodzicem z wyboru. Świadczenie 500 plus dla samotnego rodzica z jednym dzieckiem jest osiągalne dla tych, którzy zarabiają maksymalnie 1.600 zł netto. Świadczenie z funduszu alimentacyjnego od 1. stycznia 2018 r. będzie istniało jedynie na papierze, ale w istocie nikt go na oczy nie zobaczy.

Dzisiejszy tytuł (“Polsko-niemieckie rozmowy w sprawie Jugendamtów”) jest zapożyczony ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości (dla chętnych – relacja dostępna tu). Czuję się w obowiązku dodać swoje dwa słowa do ministerialnego komentarza na temat wydarzenia, w którym brałam udział. Od razu sprostuję: nie rozmawiałam o Jugendamtach. Takie spotkanie faktycznie miało miejsce dzień wcześniej przed i przy okazji sympozjum, z którego pochodzą wszystkie zdjęcia ilustrujące ministerialną relację. Tym centralnym wydarzeniem skupiającym mediatorów, sędziów, prawników i przedstawicieli organów centralnych z obu krajów było sympozjum pt.:

“Mediacje w międzynarodowych konfliktach dotyczących dzieci”

zorganizowane przez MiKK (tj. Międzynarodowe Centrum Mediacji w Konfliktach Rodzinny i Uprowadzeniach Rodzicielskich – tłumaczenie moje) przy wsparciu Ministerstwa Sprawiedliwości i Bundesministerium der Justiz und für Verbraucherschutz (Federalne Ministerstwo Sprawiedliwości i Ochrony Konsumentów).

Sympozjum, zorganizowane z okazji 10-lecia podpisania

Deklaracji Wrocławskiej

dotyczącej międzynarodowych mediacji rodzinnych, miało na celu i świętowanie tego ważnego wydarzenia i pogłębienie wiedzy uczestników sympozjum. Dobrze móc wymienić się doświadczeniami – to zawsze wzbogaca. Jugendamty nie były tematem tego wydarzenia.

Miałam przyjemność wysłuchać na sympozjum szeregu wystąpień prelegentów z Polski, Niemiec i Wielkiej Brytanii, uczestniczyć w warsztatach, ale też prowadzić własne warsztaty. Przykro (nie tylko mi, bo komunikat na stronie ministerstwa był z zażenowaniem komentowany w kuluarach przez uczestników sympozjum – i Polaków i Niemców), że oficjalny komentarz tego ważnego dla promocji mediacji wydarzenia został przedstawiony, jako margines rozmów na szczeblu ministerialnym. To zmarnowana okazja promocji mediacji – sposobu na rozwiązywanie konfliktów w obrębie rodziny, na przywrócenie odpowiedzialności rodzicom za los ich wspólnego dziecka, o wiele bardziej efektywnego (co do zasady) niż orzeczenie sądowe.

Co do

polsko-niemieckich rozmów w sprawie Jugendamtów

– na pewno istotnych – poczekajmy na efekty tych rozmów. Wtedy – miejmy nadzieję – będzie się czym szczycić.

Na dowód, że piszę o tym samym wydarzeniu – zdjęcie. Wystarczy porównać tło :-).

21
Oct

WYSŁUCHANIE DZIECKA

Jakiś czas temu miałam wątpliwą przyjemność obserwowania i nawet zadawania pytań w ramach wysłuchania dziecka w toku postępowania sądowego.

Skąd takie gorzkie słowa?

Sędzia mimo najszczerszych chęci nie był przygotowany do zadawania pytań dziecku. Nie miał pojęcia o co i w jaki sposób pytać. Zadawał  pytania wprost na temat postępowania sugerując dziecku, że mogłoby podjąć decyzję co do meritum postępowania. To nie było wysłuchanie dziecka. To było prawie przesłuchanie bez takiej intencji ze strony sędziego.

Czym jest wysłuchanie?

Sędzia ma możliwość spotkania dziecka, o którego losie będzie orzekać, może porozmawiać o zabawie, spędzaniu wolnego czasu, szkole, przedszkolu. Może oczywiście wysłuchać opinii dziecka, jeżeli dziecko taką opinię chce wyrazić. Doświadczony sędzia może wyjaśnić wiele wątpliwości słuchając nawet neutralnych wypowiedzi dziecka. Sąd powinien uwzględnić rozsądne życzenie dziecka biorąc pod uwagę wiek i stopień dojrzałości dziecka. W prawie polskim nie ma granicy dla wysłuchania dziecka. W jednej z moich spraw sąd wysłuchiwał dziecko 5-letnie. W wysłuchaniu brał udział psycholog, który zaraz potem, już na rozprawie, ocenił stopień dojrzałości dziecka i możliwość uwzględnienia opinii dziecka. To wysłuchanie naprawdę pomogło sędziemu podjąć decyzję.

Nie ukrywam krytyki wobec sposobu rozmowy sędziego z dzieckiem. Nie podobało mi się to co widziałam i było mi okropnie żal dziecka pozostawionego w tak nieprzyjaznym otoczeniu z obcym człowiekiem. Ale z drugiej strony jestem pełna uznania dla sądu w niewielkiej miejscowości, który stara się uwzględnić prawo dziecka do bycia wysłuchanym w toku postępowania dotyczącym tego dziecka. Stara się, jak może i jak potrafi. Jeden pewnie lepiej, inny gorzej.

Parę słów o otoczeniu, w którym dziecko odpowiadało na pytania – pokój wyglądał, jak cela: szara sofa i niski stolik, kropka.

Niebieski pokój w brudnoszarym pokoju bez jednej zabawki.

Bez śladu żywszego koloru w zasięgu wzroku. Panowie technicy wyjaśnili mi, że zabawki rozpraszają dziecko. Really? No to co? Ale może za to dziecko poczuje się trochę lepiej w towarzystwie obcej osoby, samo bez wsparcia rodzica? Może zainteresuje się jakimś kolorowym obrazkiem, przytuli pluszaka i oswoi z otoczeniem? Jestem pełna uznania dla odwagi i determinacji w przeprowadzeniu wysłuchania dziecka w takich warunkach. Równocześnie współczuję sędziom rodzinnym, którzy nie mają jakiegokolwiek wsparcia w postaci szkoleń: czy to zagranicznych sędziów, którzy wysłuchują dzieci od lat i mają doświadczenie w wysłuchiwaniu dzieci, czy to psychologów dziecięcych. Moim zdaniem takie szkolenia są konieczne. I to nie szkolenie jednorazowe, ale coroczne, regularne.

Czego jeszcze brakuje?

Wytycznych dla sędziów rodzinnych, które pomogłyby w organizacji warunków wysłuchania. Może warto ustalić, czy wysłuchanie ma się odbywać w konfiguracji sędzia – dziecko. Czy może powinien brać w takim spotkaniu udział psycholog dla zweryfikowania dojrzałości dziecka do wyrażania poglądów w sprawie – osobiście uważam, że jest to całkiem sensowne. Czy może powinny być obecne przy wysłuchaniu strony – uważam, że absolutnie nie.  Sędzie powinien wiedzieć, czy notatki z wysłuchania należy dołączyć do akt, czy pozostawić nie do wiadomości stron. Przecież dziecko rozmawia z sędzią i nie ma pojęcia (w Niemczech sędzia pyta dziecko, czy i co może przekazać rodzicom), że oboje rodzice to przeczytają. Czy ktoś tu przypadkiem nie jest oszukany? Czy prawa dziecka są w ten sposób chronione? Absolutnie nie!!!

W Niemczech (przepraszam, że ja tak ciągle w Niemczech i w Niemczech, ale tam wysłuchanie dziecka jest na porządku dziennym i miałam możliwość przynajmniej dwukrotnie wysłuchać prelekcji prowadzonych przez niemieckie sędzie rodzinne na ten temat) sędzia wysyła list – zaproszenie do dziecka z wyjaśnieniem, dlaczego chce się zobaczyć z dzieckiem. Wszystko jest zorganizowane tak, żeby dziecko nie traciło szkoły przez przyjście do sądu, wysłuchanie zaczyna się punktualnie, żeby dziecko się nie denerwowało i nie niecierpliwiło. Ten, kto ma dziecko wie, że nie wytrzyma długo siedząc na korytarzu sądowym na twardej ławce.

Chylę głowę przed techniką umożliwiającą obserwację wysłuchania dziecka, ale uważam, że to kompletnie niepotrzebne. Fakt – zadałam dwa pytania (sędzia miał słuchawkę w uchu), ale tylko dlatego, że sędzia zadaje w kółko Macieju to samo pytanie odmieniane przez przypadki. Mimo wszystko, podglądanie dziecka, które o tym nie wie (nie mówię o postępowaniu karnym, to inny ciężar gatunkowy) jest nie fair w stosunku do dziecka.

Czy można mieć obawy o przebieg takiego wysłuchania?

Po ostatnim wysłuchaniu (zwłaszcza) odpowiem – oczywiście. Zawsze można mieść wątpliwości. Ale powiem rzecz mało popularną w kraju, w którym nie ufamy nikomu – sędzia jest osobą o nienagannym charakterze i musimy mieć zaufanie, że jest osobą bezstronną, orzekającą w sprawach dziecka z uwzględnieniem dobra dziecka. Musimy, bo inaczej nie tylko nie szanujemy urzędu sędziego (o czym ta zwariowana Swaczyna pisze!), ale nie szanujemy praw dziecka. Prawa do prywatności, do uczciwej informacji o tym, w czym bierze udział.

I tu mały apel. Gdyby ten mój post czytał ktoś, kto ma wpływ na powstawanie aktów prawnych (nie zakładam tego, ale gdyby? :-)) – błagam: nie piszcie projektu na kolanie, byle szybciej. Skorzystajcie z doświadczeń sędziów z rejonowych sądów rodzinnych (jak żyję, nie widziałam, żeby sędzia okręgowy wysłuchiwał dziecko, ale może się mylę?), ale też sędziów z zagranicy. Choćby z sąsiednich krajów. Nieprzemyślanymi działaniami, projektami “zza biurka”, można wyrządzić więcej szkód dzieciom niż pozostawienie wysłuchiwania dzieci “na wyczucie” sędziego. Marzy mi się projekt konsultowany z sędziami i rozważony pod każdym kątem, żeby wspierać sędziów, dzieci i ich rodziców. Gdyby był potrzebny kontakt do sędziów szkolących w tym zakresie (oczywiście z Niemiec) to mogę pomóc.

6
Oct

MEDIATORZE! PAMIĘTAJ O PRAWNIKACH!

Skąd ten mój apel? Bo z moich obserwacji wynika, że mediatorzy często zapominają o sile fachowej, która może wspomóc proces mediacji.

Właśnie skończyłam pisać uwagi do projektu ugody mediacyjnej dla mojego Klienta (mediator z drugiego końca Polski, żeby zdjąć podejrzenia z mediatorów krakowskich 🙂 ). Nie było jednego punktu, w którym nie dokonałabym zmian, poprawek, czy nie umieściłabym komentarza dla Klienta. Z projektu wynika, że mediator po prostu nie do końca rozumie, co pisze. Nie może, bo nie jest prawnikiem.

Zawsze uczulam wszystkich moich Klientów, żeby nie podpisywali ugody zanim nie skonsultują ze mną treści. Dlaczego? Dlatego, że najczęściej mediatorzy nie są prawnikami. Zapewniam wszystkich, że nie da się nabyć wiedzy z zakresu prawa na kursie dla mediatorów. Jestem pewna, tego co piszę, gdyż sama taki kurs odbyłam i wiem, jak to wygląda. Jeżeli mediator uwierzy, że już wszystko umie i wszystko wie o formułowaniu ugody, zna konsekwencje prawne w detalach itd. to nie jest dobrze. Bo na pewno nie wie. Nie dlatego, że jest mało inteligentny, a my prawnicy, to po prostu pozjadaliśmy wszystkie rozumy. Po prostu dlatego, że nasze studia trwają 5 lat, a potem mamy jeszcze za sobą kilka lat aplikacji, a potem to już zbieramy doświadczenie zawodowe. Nie da się tego nadrobić w kilka godzin kursu.

Żeby była jasność nie chcę prowadzić rozważań nad wyższością prawników nad mediatorami, albo na odwrót. Wielu prawnikom wydaje się, że mediacja jest do niczego i oni sami są w stanie doprowadzić do najlepszego porozumienia stron. Czasem tak, czasem nie. Tak samo, jak może się zdarzyć, że mediator napisze idealną ugodę do zatwierdzenia przez sąd.

Po co więc zajmuję Twój czas tym wpisem?

Po to, żeby zaapelować o porozumienie :-). Jestem świeżo po kursie dla mediatorów transgranicznych w Niemczech i to co zwróciło moją uwagę, to ogromny nacisk na współpracę mediatorów z prawnikami stron przed podpisaniem ugody. Co istotne – i to mimo tego, że jednym z dwójki mediatorów w tym modelu mediacji jest prawnik. Cóż, pokora jest cenną cechą i przyjęcie, że nie wie się wszystkiego jest dobrym punktem wyjścia. Celem mediatora i prawników reprezentujących strony jest jak najlepsza treść ugody, którą później może zatwierdzić sąd. To najbardziej ekonomiczny efekt mediacji.

Jak bywa w praktyce?

Ostatnio byłam na rozprawie, na której – razem z pełnomocnikiem strony przeciwnej – poinformowaliśmy sędziego, że nasi Klienci są na dobrej drodze do zawarcia ugody. Komentarz sędziego mnie zaskoczył – od dobrych kilku lat nie zatwierdził żadnej ugody, bo nie nadawały się do zatwierdzenia.

Co robią sędziowie w takich sytuacjach?

Ratują co mogą i transponują postanowienia ugody do treści orzeczeń. Dobrze, jeżeli uda się to zrobić, ale mogą się zdarzyć sytuacje, gdy brak zatwierdzenia postanowienia ugody (bo w ogóle nie nadaje się do zatwierdzenia z przyczyn czysto prawnych) jest katastrofą dla porozumienia w ogóle.

Po co jeszcze konsultować ugodę z prawnikiem? Tym razem uwaga do stron – po to, żeby rozumieć co się podpisuje. I znów nie zarzucam nikomu braku inteligencji. Mediator nie jest od udzielania porad prawnych i tłumaczenia konsekwencji decyzji prawnych stron. Mediator ma być bezstronny i neutralny, więc nie może zwrócić uwagi stronie, że zamierza zawrzeć niekorzystną dla siebie ugodę. Dla mnie, jako prawnika jest istotne, żeby Klient rozumiał, co wynika z ugody. Jeżeli jest to dla niego mniej korzystne, ale i tak chce zawrzeć ugodę, to proszę bardzo. To jego życie. Mi zależy na tym, żeby znał konsekwencje prawne.

Co, jeżeli do mediacji przystępują strony bez pełnomocników? Jest taki sposób, z którego korzystają moi znajomi mediatorzy (i uważam, że chwała im za to) – “telefon do przyjaciela”. Oczywiście – prawnika. To żaden wstyd, a wręcz dowód na to, że mediator stara się wykonywać swą pracę jak najlepiej, z korzyścią dla stron.

Nie musimy się nie lubić (my prawnicy i my mediatorzy), czy konkurować ze sobą. Można i należy współpracować dla dobra naszych stron. Mediacja to świetne narzędzie pod warunkiem, że efekt jest wynikiem współpracy wszystkich zaangażowanych w sprawę osób: stron postępowania, mediatora i prawników.