Dzisiejszy tytuł (“Polsko-niemieckie rozmowy w sprawie Jugendamtów”) jest zapożyczony ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości (dla chętnych – relacja dostępna tu). Czuję się w obowiązku dodać swoje dwa słowa do ministerialnego komentarza na temat wydarzenia, w którym brałam udział. Od razu sprostuję: nie rozmawiałam o Jugendamtach. Takie spotkanie faktycznie miało miejsce dzień wcześniej przed i przy okazji sympozjum, z którego pochodzą wszystkie zdjęcia ilustrujące ministerialną relację. Tym centralnym wydarzeniem skupiającym mediatorów, sędziów, prawników i przedstawicieli organów centralnych z obu krajów było sympozjum pt.:

“Mediacje w międzynarodowych konfliktach dotyczących dzieci”

zorganizowane przez MiKK (tj. Międzynarodowe Centrum Mediacji w Konfliktach Rodzinny i Uprowadzeniach Rodzicielskich – tłumaczenie moje) przy wsparciu Ministerstwa Sprawiedliwości i Bundesministerium der Justiz und für Verbraucherschutz (Federalne Ministerstwo Sprawiedliwości i Ochrony Konsumentów).

Sympozjum, zorganizowane z okazji 10-lecia podpisania

Deklaracji Wrocławskiej

dotyczącej międzynarodowych mediacji rodzinnych, miało na celu i świętowanie tego ważnego wydarzenia i pogłębienie wiedzy uczestników sympozjum. Dobrze móc wymienić się doświadczeniami – to zawsze wzbogaca. Jugendamty nie były tematem tego wydarzenia.

Miałam przyjemność wysłuchać na sympozjum szeregu wystąpień prelegentów z Polski, Niemiec i Wielkiej Brytanii, uczestniczyć w warsztatach, ale też prowadzić własne warsztaty. Przykro (nie tylko mi, bo komunikat na stronie ministerstwa był z zażenowaniem komentowany w kuluarach przez uczestników sympozjum – i Polaków i Niemców), że oficjalny komentarz tego ważnego dla promocji mediacji wydarzenia został przedstawiony, jako margines rozmów na szczeblu ministerialnym. To zmarnowana okazja promocji mediacji – sposobu na rozwiązywanie konfliktów w obrębie rodziny, na przywrócenie odpowiedzialności rodzicom za los ich wspólnego dziecka, o wiele bardziej efektywnego (co do zasady) niż orzeczenie sądowe.

Co do

polsko-niemieckich rozmów w sprawie Jugendamtów

– na pewno istotnych – poczekajmy na efekty tych rozmów. Wtedy – miejmy nadzieję – będzie się czym szczycić.

Na dowód, że piszę o tym samym wydarzeniu – zdjęcie. Wystarczy porównać tło :-).

21
Oct

WYSŁUCHANIE DZIECKA

Jakiś czas temu miałam wątpliwą przyjemność obserwowania i nawet zadawania pytań w ramach wysłuchania dziecka w toku postępowania sądowego.

Skąd takie gorzkie słowa?

Sędzia mimo najszczerszych chęci nie był przygotowany do zadawania pytań dziecku. Nie miał pojęcia o co i w jaki sposób pytać. Zadawał  pytania wprost na temat postępowania sugerując dziecku, że mogłoby podjąć decyzję co do meritum postępowania. To nie było wysłuchanie dziecka. To było prawie przesłuchanie bez takiej intencji ze strony sędziego.

Czym jest wysłuchanie?

Sędzia ma możliwość spotkania dziecka, o którego losie będzie orzekać, może porozmawiać o zabawie, spędzaniu wolnego czasu, szkole, przedszkolu. Może oczywiście wysłuchać opinii dziecka, jeżeli dziecko taką opinię chce wyrazić. Doświadczony sędzia może wyjaśnić wiele wątpliwości słuchając nawet neutralnych wypowiedzi dziecka. Sąd powinien uwzględnić rozsądne życzenie dziecka biorąc pod uwagę wiek i stopień dojrzałości dziecka. W prawie polskim nie ma granicy dla wysłuchania dziecka. W jednej z moich spraw sąd wysłuchiwał dziecko 5-letnie. W wysłuchaniu brał udział psycholog, który zaraz potem, już na rozprawie, ocenił stopień dojrzałości dziecka i możliwość uwzględnienia opinii dziecka. To wysłuchanie naprawdę pomogło sędziemu podjąć decyzję.

Nie ukrywam krytyki wobec sposobu rozmowy sędziego z dzieckiem. Nie podobało mi się to co widziałam i było mi okropnie żal dziecka pozostawionego w tak nieprzyjaznym otoczeniu z obcym człowiekiem. Ale z drugiej strony jestem pełna uznania dla sądu w niewielkiej miejscowości, który stara się uwzględnić prawo dziecka do bycia wysłuchanym w toku postępowania dotyczącym tego dziecka. Stara się, jak może i jak potrafi. Jeden pewnie lepiej, inny gorzej.

Parę słów o otoczeniu, w którym dziecko odpowiadało na pytania – pokój wyglądał, jak cela: szara sofa i niski stolik, kropka.

Niebieski pokój w brudnoszarym pokoju bez jednej zabawki.

Bez śladu żywszego koloru w zasięgu wzroku. Panowie technicy wyjaśnili mi, że zabawki rozpraszają dziecko. Really? No to co? Ale może za to dziecko poczuje się trochę lepiej w towarzystwie obcej osoby, samo bez wsparcia rodzica? Może zainteresuje się jakimś kolorowym obrazkiem, przytuli pluszaka i oswoi z otoczeniem? Jestem pełna uznania dla odwagi i determinacji w przeprowadzeniu wysłuchania dziecka w takich warunkach. Równocześnie współczuję sędziom rodzinnym, którzy nie mają jakiegokolwiek wsparcia w postaci szkoleń: czy to zagranicznych sędziów, którzy wysłuchują dzieci od lat i mają doświadczenie w wysłuchiwaniu dzieci, czy to psychologów dziecięcych. Moim zdaniem takie szkolenia są konieczne. I to nie szkolenie jednorazowe, ale coroczne, regularne.

Czego jeszcze brakuje?

Wytycznych dla sędziów rodzinnych, które pomogłyby w organizacji warunków wysłuchania. Może warto ustalić, czy wysłuchanie ma się odbywać w konfiguracji sędzia – dziecko. Czy może powinien brać w takim spotkaniu udział psycholog dla zweryfikowania dojrzałości dziecka do wyrażania poglądów w sprawie – osobiście uważam, że jest to całkiem sensowne. Czy może powinny być obecne przy wysłuchaniu strony – uważam, że absolutnie nie.  Sędzie powinien wiedzieć, czy notatki z wysłuchania należy dołączyć do akt, czy pozostawić nie do wiadomości stron. Przecież dziecko rozmawia z sędzią i nie ma pojęcia (w Niemczech sędzia pyta dziecko, czy i co może przekazać rodzicom), że oboje rodzice to przeczytają. Czy ktoś tu przypadkiem nie jest oszukany? Czy prawa dziecka są w ten sposób chronione? Absolutnie nie!!!

W Niemczech (przepraszam, że ja tak ciągle w Niemczech i w Niemczech, ale tam wysłuchanie dziecka jest na porządku dziennym i miałam możliwość przynajmniej dwukrotnie wysłuchać prelekcji prowadzonych przez niemieckie sędzie rodzinne na ten temat) sędzia wysyła list – zaproszenie do dziecka z wyjaśnieniem, dlaczego chce się zobaczyć z dzieckiem. Wszystko jest zorganizowane tak, żeby dziecko nie traciło szkoły przez przyjście do sądu, wysłuchanie zaczyna się punktualnie, żeby dziecko się nie denerwowało i nie niecierpliwiło. Ten, kto ma dziecko wie, że nie wytrzyma długo siedząc na korytarzu sądowym na twardej ławce.

Chylę głowę przed techniką umożliwiającą obserwację wysłuchania dziecka, ale uważam, że to kompletnie niepotrzebne. Fakt – zadałam dwa pytania (sędzia miał słuchawkę w uchu), ale tylko dlatego, że sędzia zadaje w kółko Macieju to samo pytanie odmieniane przez przypadki. Mimo wszystko, podglądanie dziecka, które o tym nie wie (nie mówię o postępowaniu karnym, to inny ciężar gatunkowy) jest nie fair w stosunku do dziecka.

Czy można mieć obawy o przebieg takiego wysłuchania?

Po ostatnim wysłuchaniu (zwłaszcza) odpowiem – oczywiście. Zawsze można mieść wątpliwości. Ale powiem rzecz mało popularną w kraju, w którym nie ufamy nikomu – sędzia jest osobą o nienagannym charakterze i musimy mieć zaufanie, że jest osobą bezstronną, orzekającą w sprawach dziecka z uwzględnieniem dobra dziecka. Musimy, bo inaczej nie tylko nie szanujemy urzędu sędziego (o czym ta zwariowana Swaczyna pisze!), ale nie szanujemy praw dziecka. Prawa do prywatności, do uczciwej informacji o tym, w czym bierze udział.

I tu mały apel. Gdyby ten mój post czytał ktoś, kto ma wpływ na powstawanie aktów prawnych (nie zakładam tego, ale gdyby? :-)) – błagam: nie piszcie projektu na kolanie, byle szybciej. Skorzystajcie z doświadczeń sędziów z rejonowych sądów rodzinnych (jak żyję, nie widziałam, żeby sędzia okręgowy wysłuchiwał dziecko, ale może się mylę?), ale też sędziów z zagranicy. Choćby z sąsiednich krajów. Nieprzemyślanymi działaniami, projektami “zza biurka”, można wyrządzić więcej szkód dzieciom niż pozostawienie wysłuchiwania dzieci “na wyczucie” sędziego. Marzy mi się projekt konsultowany z sędziami i rozważony pod każdym kątem, żeby wspierać sędziów, dzieci i ich rodziców. Gdyby był potrzebny kontakt do sędziów szkolących w tym zakresie (oczywiście z Niemiec) to mogę pomóc.

6
Oct

MEDIATORZE! PAMIĘTAJ O PRAWNIKACH!

Skąd ten mój apel? Bo z moich obserwacji wynika, że mediatorzy często zapominają o sile fachowej, która może wspomóc proces mediacji.

Właśnie skończyłam pisać uwagi do projektu ugody mediacyjnej dla mojego Klienta (mediator z drugiego końca Polski, żeby zdjąć podejrzenia z mediatorów krakowskich 🙂 ). Nie było jednego punktu, w którym nie dokonałabym zmian, poprawek, czy nie umieściłabym komentarza dla Klienta. Z projektu wynika, że mediator po prostu nie do końca rozumie, co pisze. Nie może, bo nie jest prawnikiem.

Zawsze uczulam wszystkich moich Klientów, żeby nie podpisywali ugody zanim nie skonsultują ze mną treści. Dlaczego? Dlatego, że najczęściej mediatorzy nie są prawnikami. Zapewniam wszystkich, że nie da się nabyć wiedzy z zakresu prawa na kursie dla mediatorów. Jestem pewna, tego co piszę, gdyż sama taki kurs odbyłam i wiem, jak to wygląda. Jeżeli mediator uwierzy, że już wszystko umie i wszystko wie o formułowaniu ugody, zna konsekwencje prawne w detalach itd. to nie jest dobrze. Bo na pewno nie wie. Nie dlatego, że jest mało inteligentny, a my prawnicy, to po prostu pozjadaliśmy wszystkie rozumy. Po prostu dlatego, że nasze studia trwają 5 lat, a potem mamy jeszcze za sobą kilka lat aplikacji, a potem to już zbieramy doświadczenie zawodowe. Nie da się tego nadrobić w kilka godzin kursu.

Żeby była jasność nie chcę prowadzić rozważań nad wyższością prawników nad mediatorami, albo na odwrót. Wielu prawnikom wydaje się, że mediacja jest do niczego i oni sami są w stanie doprowadzić do najlepszego porozumienia stron. Czasem tak, czasem nie. Tak samo, jak może się zdarzyć, że mediator napisze idealną ugodę do zatwierdzenia przez sąd.

Po co więc zajmuję Twój czas tym wpisem?

Po to, żeby zaapelować o porozumienie :-). Jestem świeżo po kursie dla mediatorów transgranicznych w Niemczech i to co zwróciło moją uwagę, to ogromny nacisk na współpracę mediatorów z prawnikami stron przed podpisaniem ugody. Co istotne – i to mimo tego, że jednym z dwójki mediatorów w tym modelu mediacji jest prawnik. Cóż, pokora jest cenną cechą i przyjęcie, że nie wie się wszystkiego jest dobrym punktem wyjścia. Celem mediatora i prawników reprezentujących strony jest jak najlepsza treść ugody, którą później może zatwierdzić sąd. To najbardziej ekonomiczny efekt mediacji.

Jak bywa w praktyce?

Ostatnio byłam na rozprawie, na której – razem z pełnomocnikiem strony przeciwnej – poinformowaliśmy sędziego, że nasi Klienci są na dobrej drodze do zawarcia ugody. Komentarz sędziego mnie zaskoczył – od dobrych kilku lat nie zatwierdził żadnej ugody, bo nie nadawały się do zatwierdzenia.

Co robią sędziowie w takich sytuacjach?

Ratują co mogą i transponują postanowienia ugody do treści orzeczeń. Dobrze, jeżeli uda się to zrobić, ale mogą się zdarzyć sytuacje, gdy brak zatwierdzenia postanowienia ugody (bo w ogóle nie nadaje się do zatwierdzenia z przyczyn czysto prawnych) jest katastrofą dla porozumienia w ogóle.

Po co jeszcze konsultować ugodę z prawnikiem? Tym razem uwaga do stron – po to, żeby rozumieć co się podpisuje. I znów nie zarzucam nikomu braku inteligencji. Mediator nie jest od udzielania porad prawnych i tłumaczenia konsekwencji decyzji prawnych stron. Mediator ma być bezstronny i neutralny, więc nie może zwrócić uwagi stronie, że zamierza zawrzeć niekorzystną dla siebie ugodę. Dla mnie, jako prawnika jest istotne, żeby Klient rozumiał, co wynika z ugody. Jeżeli jest to dla niego mniej korzystne, ale i tak chce zawrzeć ugodę, to proszę bardzo. To jego życie. Mi zależy na tym, żeby znał konsekwencje prawne.

Co, jeżeli do mediacji przystępują strony bez pełnomocników? Jest taki sposób, z którego korzystają moi znajomi mediatorzy (i uważam, że chwała im za to) – “telefon do przyjaciela”. Oczywiście – prawnika. To żaden wstyd, a wręcz dowód na to, że mediator stara się wykonywać swą pracę jak najlepiej, z korzyścią dla stron.

Nie musimy się nie lubić (my prawnicy i my mediatorzy), czy konkurować ze sobą. Można i należy współpracować dla dobra naszych stron. Mediacja to świetne narzędzie pod warunkiem, że efekt jest wynikiem współpracy wszystkich zaangażowanych w sprawę osób: stron postępowania, mediatora i prawników.

Wróciłam z Trewiru – byłam tam na dorocznej konferencji prawa rodzinnego organizowanej przez ERA (Europaische Rechtsakademie). Właśnie tam czytałam doniesienia o rodzicach z Białogardu. Od razu zastrzegam – nie mam zdania na temat procedur medycznych. Nie jestem lekarzem, nie znam się na tym, więc nie będę się wypowiadała na temat prawidłowości działania lekarzy w tym konkretnym przypadku. Podchodzę też z dużą ostrożnością do doniesień prasowych.

Po co więc wspominam rodziców, którzy ukrywali się z noworodkiem z obawy przed wykonywaniem procedur medycznych, co do których mieli zastrzeżenia? To pretekst, żeby przedstawić możliwości, jakie ma sąd rodzinny w sytuacjach nagłych.

Przede wszystkim w wypadkach nagłych każdy sąd rodzinny – nie tylko sąd właściwy miejscowo – może wydawać zarządzenia dotyczące małoletniego dziecka. Wynika to z art. 569 § 2 kodeksu postępowania cywilnego. Czy to dobre rozwiązanie? Moim zdaniem tak. Nie zawsze najbliższym sądem jest sąd właściwy miejscowo według przepisów ogólnych, a czas niejednokrotnie odgrywa ogromną rolę w sprawach dotyczących dzieci.

Czy lekarz może zwrócić się do sądu o reakcję w sytuacji, gdy uważa, że rodzice podejmują decyzje dotyczące zdrowia sprzecznie z dobrem dziecka? Może, ale… Nawiązując do rodziców z Białogardu – nie wiem, czy już po 2,5 godzinie od urodzenia dziecka było to działanie uzasadnione? Być może było to przedwczesne, gdyż zdrowiu dziecka nie groziło niebezpieczeństwo. Ale lekarz dostrzegający takie niebezpieczeństwo dla dziecka jak najbardziej mógł zwrócić się do sądu.

Czy sąd mógł wydać orzeczenie ograniczające władzę rodzicielską – mógł, ale… I o to “ale” zwykle najbardziej chodzi. Nie mam pojęcia, czy sąd w spawie rodziców z Białogardu wydał orzeczenie słuszne, czy nie? To zależy od wielu czynników, a przede wszystkim od uzasadnienia stanowiska lekarza. Nie można też zapominać o zdaniu rodziców. Ich argumenty powinny być brane pod uwagę przez sąd. Rodzice mają prawo decydować o swoim dziecku kierując się jego dobrem. Zdanie rodziców podlega ocenie sędziego w świetle doświadczenia życiowego, nauki – w tym konkretnym przypadku – medycyny.

Czego najbardziej się boję w zetknięciu z sądami rodzinnymi? Rutyny i znieczulicy. To wprawdzie banał, ale bardzo prawdziwy: każda sprawa rodzinna jest inna tak, jak inni są rodzice i dzieci. Nie można podejmować decyzji “bo tak się robi” – orzeczenie sądu rodzinnego ingeruje bardzo poważnie w cudze życie.

Na marginesie dodam, że nie potrafię zrozumieć coraz bardziej popularnego odwrotu od medycyny np. “antyszczepionkowców”, czy zwolenników znachorów. Nie odbieram prawa szukania własnych dróg do wyleczenia, nie potępiam osób, którym współczesna medycyna nie daje szans. Jeżeli decyzje o swoim leczeniu podejmuje osoba dorosła, nie widzę problemu, ale co innego zdrowie dzieci. Nie możemy  się dziwić i burzyć, że sąd rodzinny podejmuje czasem nawet kontrowersyjne decyzje w interesie dziecka, którego rodzice podejmują ryzykowne – w świetle medycyny – decyzje. Czasem dopiero po fakcie czytamy w gazetach, że np. rodzice leczyli swoje dziecko za radą znachora głodem. Leczyli aż dziecko zmarło. Jeżeli pytasz, gdzie był wtedy sąd rodzinny, ja zadam pytanie, gdzie byli bliscy, znajomi, czy sąsiedzi dziecka, któremu działa się krzywda.

10
Sep

DLACZEGO NIE BYŁO NOWYCH WPISÓW NA BLOGACH

Mam wyrzuty sumienia (trochę), bo zniknęłam na jakiś czas z obu blogów. Nie działo się na szczęście nic złego. Wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie byłam na szkoleniu w Berlinie. Od wczoraj jestem mediatorem (rodzinnym) transgranicznym. Co to znaczy? Odbyłam kurs przygotowujący do mediacji w sprawach rodzinnych, w których rodzicami są osoby różnych narodowości, różnych kultur. A przede wszystkim w sprawach uprowadzeń dzieci za granicę.

Przyznam, że dzisiaj jestem przede wszystkim zmęczona, ale też szczęśliwa. Zrealizowałam marzenie sprzed kilku lat. Do tej pory zawsze było coś innego, co stało na drodze do zapisania się na kurs.

Nareszcie się udało! Na dowód mój dyplom:

Postaram się wrócić do poprzedniego rytmu wpisów na blogu. Mam nadzieję, że przerwa w pisaniu będzie mi w tej sytuacji wybaczona :-).

13
Aug

REFORMA SĄDÓW

Reforma sądów tak, ale nie taka

Byłam długo nieobecna (wypoczywałam tak, jak najbardziej lubię) i stąd moje milczenie. Walka o sądy odbyła się wtedy, gdy nie mogłam włączyć się osobiście w demonstracje. Jestem dumna z nas Polaków, że stanęliśmy na wysokości zadania w obronie niezależnego sądownictwa. Mam nadzieję, że sędziowie coś zrozumieją z tej lekcji. Najgorsze, co mogliby zrobić to uznać, że nic nie muszą. To nie była obrona status quo. Reforma sądów jest konieczna.

Mało kto jest zadowolony z obecnego kształtu wymiaru sprawiedliwości.

Ja też się zaliczam do grona krytyków. Bywam w sądzie często i obserwuję trudności, z jakimi boryka się “petent” w sądach. Sama zresztą jestem petentem. Wyróżnia mnie to, że poruszam się w nieprzyjaznym środowisku sprawniej niż “cywile”. Niektóre problemy są naprawdę łatwe do usunięcia. Wystarczy, żeby sędziowie uświadomili sobie, że sprawują ogromną władzę dla tych, którzy do nich przychodzą ze swoimi problemami. Więcej kultury i szacunku dla stron i będzie przyjaźniej. Mogę tu długo przynudzać, a przecież nie o to chodzi. Również od nas zależy wymiar sprawiedliwości. Przecież nie każda sprawa musi trafić do sądu. Są inne sposoby rozwiązań konfliktu.

Unikaj sądów

Zachęcam do obejrzenia nagranie wystąpienia osoby z wewnątrz – sędziego Jarosława Gwizdaka. Mam nadzieję, że kiedyś Jego głos zostanie wysłuchany. Ponieważ ostatnie wydarzenia pokazały nam, że my wszyscy mamy głos, posłuchajmy mądrego sędziego i dążmy do tego, żeby naprawić wymiar sprawiedliwości.

 

24
Jun

REPREZENTACJA KLIENTA ZA GRANICĄ

Czy reprezentacja klienta za granicą przez adwokata jest możliwa? Jestem dowodem (nie jedynym w historii oczywiście :-)), że tak. W zeszłym tygodniu byłam w Brukseli, gdzie występowałam przed sądem II instancji w sprawie z konwencji haskiej. O samej sprawie nie będę pisać – nadal czekamy na wyrok.

Na jakiej podstawie?

Możliwość działania w charakterze adwokata za granicą gwarantuje „dyrektywa Rady z dnia 22 marca 1977 r. mająca na celu ułatwienie skutecznego korzystania przez prawników ze swobody świadczenia usług”(Dyrektywa 1977). Celowo podaję dyrektywę, gdyż w każdym kraju Unii Europejskiej powinny być uchwalone ustawy oparte o tę właśnie dyrektywę. Oczywiście nie potrafię wskazać np. ustawy belgijskiej regulującej kwestię reprezentacji przez adwokata – obcokrajowca na terenie Belgii, ale znam te zasady z dyrektywy. Na początku, kiedy usiłowałam dowiedzieć się co powinnam zrobić, żeby móc wystąpić przed sądem za granicą spotkałam się z niedowierzaniem kolegów adwokatów. Zarówno w Polsce, jak i za granicą. Uparłam się i dopięłam swego :-). W Brukseli (w sądzie niderlandzkojęzycznym) brałam udział w rozprawie odwoławczej. Siłą rzeczy wszystko wyglądało nieco inaczej niż u nas. Ciekawostką był niejawny charakter sprawy – dlatego wokanda nie była wywieszona, a informacji przed salą udzielał specjalny urzędnik, który miał też za zadanie, aby na salę nie weszły nieuprawnione osoby.

Rozprawa

Sąd nie miał problemów w dopuszczeniu mnie do reprezentacji Klientki. Wprawdzie pokazałam moją międzynarodową legitymację adwokacką, ale prawdę mówiąc sąd nikomu (w tym mnie) nie sprawdzał dokumentów. Co więcej, sędziowie w trakcie sprawy nie oczekiwali przedstawienia dokumentu pełnomocnictwa. Skoro adwokat się zgłasza, to znaczy, że reprezentuje klienta. Słowo-klucz? Zaufanie. Konsekwencją tego zaufania jest przekonanie sądu, że adwokat przyprowadzi na rozprawę swojego klienta. Pewnie nikogo nie zdziwię, jak napiszę, że sądy w Polsce nie mają zaufania do adwokatów. W ogóle, jak się zastanowić, generalnie w Polsce nie ufamy sobie nawzajem, ale to całkiem inny temat.

Cała rozprawa odbywała się w jęz. niderlandzkim, ale sąd pozwolił mi przedstawić nasze argumenty w jęz. angielskim. Zaskoczyło mnie, że sędziowie (wszyscy) robili skrzętnie notatki w trakcie wypowiedzi adwokatów. Oczywiście nie wiem, jaki będzie wynik sprawy, ale przynajmniej miałam wrażenie, że ktoś mnie słucha ze szczerym zainteresowaniem i to co mówię ma jakieś znaczenie. Nie zawsze mam takie przekonanie przed sądem w Polsce (to znaczy i tak z taką uwagą do tej pory nikt mnie nie słuchał, ale być może nie mówiłam nic istotnego). Wręcz czasem czuję zniecierpliwienie i widzę, że mogę się dwoić i troić, a sąd już i tak, niezależnie od tego, co będzie jeszcze powiedziane, ma już wyrok gotowy (może nawet już napisany).

Cały ten wpis nie jest tylko po to, żeby się pochwalić (nie ukrywam, że czuję dumę, że miałam okazję występować przed zagranicznym sądem), ale po to, żeby i adwokaci i potencjalni zainteresowani pomocą prawną wiedzieli, że sytuacja, w której adwokat z Polski reprezentuje klienta przed zagranicznym sądem jest możliwa.

Odmowa szczepienia – gorący temat

Odmowa szczepienia to – za sprawą sądu w Inowrocławiu – gorący temat. W zeszłym tygodniu komentowałam możliwość ingerencji sądu we władzę rodzicielską (razem, choć niezależnie od siebie z Katarzyną Przyborowską) w Dzienniku Gazeta Prawna. Dzisiaj znów przeczytałam o problemie na blogu r.pr. dr. Marka Koennera www.prawodolekarza.pl

Komentarz

Nie będę się rozpisywać, bo trochę już na ten temat zostało napisane – to po pierwsze. Po drugie, znów siedzę na walizce (a raczej walizeczce – ze względu na różne wymiary bagażu dwóch linii lotniczych) i czas mnie goni. Chcę tylko zaznaczyć, że mogę sobie wyobrazić ograniczenie władzy rodzicielskiej przy odmowie szczepienia dziecka. Trzeba tylko pamiętać, że samo ograniczenie władzy rodzicielskiej nie rozwiązuje jeszcze problemu szczepienia. Do tego potrzebne są dalsze decyzje.

Dzisiaj ograniczenie władzy rodzicielskiej, ale w kontekście realizacji kontaktów z dzieckiem. Czyli trochę w innym aspekcie niż do tej pory. Wróciłam przed chwilą z I Kongresu  Prawa Rodzinnego w Krakowie i nie ukrywam, że właśnie na kongresie powstał pomysł tego wpisu. Zostałam ośmielona wypowiedziami prelegentki SSO dr Sylwii Jastrzemskiej. Skoro sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu potwierdza moje osobiste obserwacje, to w pewien sposób mnie zachęciło – mogę się dzielić przemyśleniami na blogu :-).

Najpierw moje obserwacje. Jakiś czas temu w czasie rozprawy o uregulowanie kontaktów sędzia prowadząca, zirytowana postawą matki, zagroziła, że rozpocznie sprawę o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Dlaczego? Mama twierdziła, że córka nie chce się widywać z ojcem, a ona nie będzie zmuszała dziecka. Tymczasem – zdaniem sędzi – skoro dziecko w wieku szkolnym podobno nie chce  widzieć taty, to znaczy, że matka nie potrafi poradzić sobie z dzieckiem (należycie przygotować córkę, także psychicznie, do kontaktów z tatą). Efekt? Po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu ojciec spotkał się z córką w obecności matki (od czegoś trzeba zacząć). Podobno spotkanie było całkiem miłe. Dało się?

A teraz wypowiedź sędzi z Wrocławia. Pani sędzia wprost wskazała, że wszczyna postępowania o ograniczenie władzy rodzicielskiej z urzędu (tzn. sama, bez żadnego wniosku), jeżeli do kontaktów z drugim rodzicem notorycznie nie dochodzi. Wychodzi z tego samego założenia, co “moja” sędzia – jeżeli rodzic nie potrafi spowodować, że dziecko (nie mówimy o 16-latku) spotka się z drugim rodzicem to znaczy, że ma jakieś deficyty w kwalifikacjach rodzicielskich.

Czy to jest dobry sposób? Jak widać na podanym przeze mnie przykładzie – bywa skuteczny. Niestety nikt nie wskaże idealnego sposobu egzekwowania kontaktów z dzieckiem przy niechęci drugiego rodzica (najczęściej matki) na takie kontakty. Kary pieniężne mające na celu przymuszenie rodzica do wykonania kontaktów często są orzekane w żenująco niskich wysokościach (bywają oczywiście chlubne wyjątki). Swoją drogą nie jestem w stanie zrozumieć, czym kieruje się sędzia ustanawiający karę pieniężną w kwocie np. 50 zł? To prawie jak zaproszenie do kontynuowania odmowy wydania dziecka. Masę kobiet woli płacić i nie wydawać dziecka. Podejrzewam, że sędziowie obawiają się, że wysoka kara pieniężna zachwieje budżetem rodzica wiodącego  (w sytuacji izolacji dziecka od drugiego rodzica) i narażą dziecko na gorsze warunki życia. Ale przecież łamanie prawa jest zależne od woli rodzica wiodącego! Jeżeli się zastosuje do orzeczenia, to nie będzie musiał płacić wysokiej kary. Właśnie tak to powinno działać.

Jeżeli nie da się zmusić do kontaktu z dzieckiem pieniędzmi, to może władzą rodzicielską? Cóż, warto próbować. Gdyby nawet udawało się jednemu na dziesięciu uzyskać w ten sposób kontakty, to warto. W ten sposób może powoli zmieni się myślenie o wiodących rodzicach i ograniczy się ich poczucie totalnej bezkarności (w niektórych wypadkach właśnie tak jest – rodzic płaci niską karę pieniężną, a drugi rodzic jak nie widział dziecka, tak nie widzi).

Jeżeli ktoś ma już takie doświadczenia sądowe za sobą, zapraszam do podzielenia się informacjami w komentarzach.

PS

Po przeczytaniu komentarzy na FB dodam jeszcze, że jestem absolutnym wrogiem działań automatycznych – skoro nie ma kontaktów, to ograniczamy władzę rodzicielską. Taką decyzję powinien podjąć sąd po zbadaniu sytuacji dzieci. Ale czasem samo zagrożenie wystarczy, żeby skłonić pewnego siebie rodzica do refleksji.

 

Po co Ci niezależny sąd? Dzisiaj brałam udział w ważnym wydarzeniu. Ważnym, wbrew pozorom, nie tylko dla prawników, ale dla każdego. To wydarzenie to Kongres Prawników Polskich. Spotkaliśmy się: sędziowie, adwokaci, radcowie prawni oraz pracownicy naukowi i przedstawiciele organizacji pozarządowych (przepraszam, nie uda mi się wszystkich wymienić).

Czemu teraz, czemu wszyscy?

Ponieważ stoimy w obliczu kryzysu prawa w Polsce. Trybunał Konstytucyjny został już “zdobyty”, co nie jest dobrą informacją dla Ciebie. Wiem, że tego nie odczuwasz, a być może nie wiesz dlaczego niezależny Trybunał Konstytucyjny jest tak ważny? Wiem, że wymiar sprawiedliwości w obecnym kształcie nie odpowiada Twoim oczekiwaniom (o ile miałeś jakąkolwiek styczność z sądem?). Cóż, ja też mam masę uwag i na pewno wiele można i należy poprawić. Taka zresztą była atmosfera naszego dzisiejszego spotkania. Mam nadzieję, że konsekwencją Kongresu będą rzeczywiście odczuwalne dla każdego zmiany na lepsze w wymiarze sprawiedliwości w Polsce.

Jeżeli jednak uważasz, że niezależny sąd nie jest Ci potrzebny i bardzo dobrze, że “rozgonią” sędziów i zastąpią ich innymi, ale posłusznymi władzy, przez chwilę pomyśl.

Wyobraź sobie, że jesteś spadkobiercą testamentowym (testament na 100% jest ważny, sporządzony zgodnie z prawem), a Twój krewny – spadkobiercą ustawowym (testament jest ważniejszy od porządku dziedziczenia ustawowego). Różnica między Wami jest taka, że krewny jest przyjacielem członka rządzącej partii (naprawdę nie ma znaczenia jakiej).

Wariant 1 – niezależny sąd orzeka zgodnie z prawem na podstawie testamentu.

Wariant 2 – sąd zależny od władzy orzeka zgodnie ze zleceniem od członka rządzącej partii – w toku postępowania sąd stwierdza, że testament nie jest ważny i dziedziczy jednak krewny. Twoja apelacja nic nie daje, bo w sądzie II instancji też zasiada sędzia wyznaczony przez jedyną słuszną opcję.

To nie jest czysta fantazja. Takie czasy już były i w Polsce i na świecie.

Można nas nie lubić. Można uważać, że jesteśmy kastą (aktualnie raczej nie można przypisać zawodom prawniczym dziedziczności, gdyż dostęp do wszystkich zawodów jest szeroko otwarty), obrońcami komunizmu itp. Można kierować pod naszym adresem wszelkie epitety, ale to nie zmieni faktów. W Twoim interesie jest, żeby władza sądownicza była gwarantem Twoich praw. Gwarantem może być tylko niezależny sąd i niezawisły sędzia. Jeżeli wystarczy jeden telefon, żeby orzeczenie odpowiadało władzy, a nie prawu, to nic Ci nie pomoże. Jeżeli myślisz, że sąd jest tylko dla przestępców to mylisz się w swoich kalkulacjach podwójnie. Po pierwsze do sądów trafiają nie tylko przestępcy – sprawy spadkowe, sprawy rodzinne, o odszkodowanie (przy okazji wyobraź sobie swój spór z Państwem – przy zależnym sądownictwie jesteś bez szans) itp. mogą się przydarzyć każdemu. Może się zdarzyć, że będziesz zmuszony liczyć na orzeczenie sądu. Może warto, żeby sędzia był bezstronny, prawda? Po drugie, wcale nietrudno zostać oskarżonym. Pomyśl o kierowcy seicento. Przypadkowy człowiek w złym czasie i miejscu. Chyba nikt mu nie zazdrości? Przy okazji uzyskał pomoc świetnego adwokata za darmo? Ach zapomniałam – jesteśmy oszustami i złodziejami…

Może Cię to zdziwi, ale jednym z dzisiejszych tematów było obniżenie opłat sądowych, żebyś miał łatwiejszy dostęp do sądu.

Nikt nie mówi, że sądownictwa nie należy reformować, ale zanim wylejemy dziecko z kąpielą, zanim pozwolimy władzy obsadzić wszystkie stanowiska “swoimi” ludźmi pomyśl, czy jednak nie warto schować głęboko animozje i bronić tego, co jest wartością świętą zwłaszcza, gdy dotyczy Ciebie i Twojej rodziny, a powinno być oczywiste dla każdego: Twoich podstawowych praw człowieka i obywatela.

A na koniec, obejrzyj film przygotowany przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia